kronika zapowiedzianej śmierci.

dziesięć lat później jestem dokładnie w tym samym miejscu, co wcześniej. a tak właściwie wszystko się zmieniło. dobrze jest spojrzeć wstecz, dobrze mieć z przeszłości takie lustro, w którym można zobaczyć siebie w dwóch czasach jednocześnie.

i chyba znowu będę pisać.

precesja ponowoczesność postkolonializm.

któregoś dnia umrę z przepracowania zachłystując się żółcią.

im bardziej rośnie we mnie stres, tym bardziej napełniam się nienawiścią do świata. na chwilę obecną czuję już chlupotanie pod kopułką. nadciągają wymioty nieodmiennie złote, bo wszystko to ponowoczesność i promiskuityzm, confluent love i rozpad tożsamości. najlepiej żyje się tym, którzy mają zainteresowania zmienne i płynne, rzecze papa Bauman i ma rację. zbierajmy doświadczenia przyjemności, ufajmy symulakrom. rozpad życia to przecież w naszej epoce norma, nie? po raz miliardowy rozpierdala mnie od środka bliskość destrukcji normalności w imię liberalizmu, pardon, rubaszności. liberalizm bowiem nie jest spoko, a rubaszność – tak. ostatecznie pewne materie sprowadzają się do wykonywania w duetach śmiesznych ruchów i jest to najzupełniej w porządku.

wolność to takie trudne słowo, papo Sartrze.  skończę marnie, a przedtem będę o poranku robić jajecznicę na zimno na spirytusie. od zawsze wierzyłam w rozpacz i odpowiedzialność, czy to znaczy że spotkamy się w nigdzie?

życie jest zbyt krótkie, aby czytać złe książki. dojście do tej prawdy zajęło mi wiele lat i nie zamierzam o tym teraz zapomnieć.

nieznośna lekkość bytu.

Rozszarpałam sobie samodzielnie z niewielką pomocą kuszonego losu stare rany. Zabliźniły mi się one w jakiś nieszczególnie piękny sposób, więc właściwie dlaczego miałabym nie spróbować?

Czasu miałam wystarczająco dużo, żeby móc zapomnieć i przestać się bać, a jednak się nie udało. Jedno przypadkowe spotkanie, potwierdzenie mglistego przeczucia i rozsypywałam się w proch na każdym kroku, wychodząc zza węgłów na przemian szukając i usiłując ominąć własny lęk. Przeszłość pachnie kwaśno zimnym potem i drżeniem rąk, zalewa mi oczy i dławi oddech. Łączy nas tak samo jak dziewięć lat temu przypadek, dwa zbiegi okoliczności, harcerstwo i traumatyczne historie o różnym stopniu nasilenia. Podzielą – jak wtedy – kilometry, własne życie i nowe rany.

Przez ostatnie kilka dni ciężko mi utrzymać ciepło ciała, nie czuję głodu i wszelkie silniejsze emocje zachodzą mi mgłą. Wiem doskonale, że czasami po prostu sprawiam komuś ból i muszę z tym żyć, ale zastanawiam się w jakim stopniu moje uwolnienie było warte jego wyrzutów sumienia, szoku i poczucia winy, w dodatku nie do końca słusznych.

Boję się, że kilometry i własne życie podzielą nas trwale, że nie miało sensu całe to wyrzygiwanie życiowego syfu pod nogi człowieka, który się znalazł w mojej historii w niewłaściwym czasie i miejscu nie do końca ze swojej winy, w którego kryształowość intencji nie śmiem wątpić i który oczywiście nosi za sobą gigantczny bagaż doświadczonego zła, bo niestety wrażliwość większą niż przeciętna dano mu w pakiecie z doświadczeniem smutku przerastającym moją wyobraźnię. Może być tak, że nie spotkamy się już nigdy, bo oboje jesteśmy na skraju tego bajzlu pod szyldem harcerstwo, które łączy nas od lat dziewięciu. Może to była dla mnie ostatnia okazja, ale z drugiej strony, czy było w takim razie warto? Może było, bo ja nadal pamiętam że ma na przegubie ręki niewielką bliznę od skalpela, którym dłubał przy klejeniu modeli.

Wróciło do mnie wspomnienie depresji sprzed lat, fala emocji wypłukuje ze mnie wszystko inne, cichnąc tylko chwilami. Tyle bym jeszcze musiała powiedzieć, tyle zrobić, żeby wszystko nabrało sensu i kształtu, a my streszczaliśmy wszystkie ważne dla nas rzeczy w dwie godziny. Niedokończone, toczone w myślach rozmowy wracają natrętnie jak ból spękanej wargi.

młodość to ponoć przygoda.

Nie ma mnie tu od tak dawna, a przecież tyle się dzieje i staje. Mchem i grzybem zarosłam, cytując nieodżałowanej pamięci Pana Genialnego. Chyba się strasznie postarzałam przez tę całą wpychaną mi z siłą wodospadu dorosłość. Zawsze byłam trochę bardziej albo trochę inaczej dojrzała niż inni, aktualnie przekraczam dopuszczalne normy terminowości, punktualności i poukładania. Z plusów dodatnich obecnej sytuacji mogę wymienić zazdrosny stosunek wszystkich mniej nudnych ode mnie, kolokwia zdane w pierwszym terminie i przedwcześnie osiąganą mądrość życiową. W niektórych sferach wyprzedzam swój wiek o jakieś dwadzieścia lat i bynajmniej nie jest to powód do dumy. Z plusów ujemnych właściwie jak wyżej, poza kolokwiami, a do tego jeszcze nie marzę o noclegu pod namiotem, piję pokrzywę na cerę i włosy oraz boleję nad każdym kruszącym się paznokciem.
Chciałabym mieć bardziej imprezowe wieczory, ale z rzadka nie mam nic terminowego do zrobienia, a za to znajduję chętnych na jakąś małą eskapadę. Życie się kończy, teraz już tylko gromada dzieci, sterta prania i coraz większe cienie pod oczami.
Tytuł już się pewnie powtarza, ale co tam. Prawdy ogólne mają to do siebie.

gruszka jest słodka i ma kształt.

Spróbuj zdefiniować kształt gruszki.

Jestem szczęśliwa, tak po prostu. Zmęczona, znudzona zajęciami, ale szczęśliwa tu i teraz. Mam w plecaku wielkie owsiane ciastko, dwugodzinne okienka między zajęciami i głęboką niechęć do atmosfery w moim mieszkaniu. Do problemów z poznawaniem ludzi, przyjaźniami i nawiązywaniem miłych kontaktów powinnam się już przyzwyczaić, a jednak ciągle mam z tym problem. Nie jestem fantazyjna i czarująca, nie chodzę na randki, na drugie mam nuda, a na trzecie i czwarte chłód i rozsądek. To nie są miłe cechy, bo przecież co z tego że można być mnie pewnym, jeśli ta pewność zakłada brak emocjonalnych atrakcji z rodzaju zdrad, gróźb, napadów szaleństwa, rozpaczy i erotyzmu. Nie wiem czy to Bóg mnie spartaczył, ale ostatnimi czasy bywam wyrzutem sumienia.

Mimo wszystko nadal wypełnia mnie szczęście. Lubię to życie które mam i lubię poniedziałki, choć mam wtedy więcej godzin zajęć niż snu przez dwie doby. Widzę znajome paszcze przez trzy godziny. To takie cenne!

Z miłością jest jak z gruszką.

przed ktorymi na próżno chowamy się w życie.

Ciepło, wreszcie. Można siedzieć bez skarpetek i nie umrzeć z zimna. U progu dorosłości staram się zapamiętać kim byłam wczoraj; trochę się boję że niedługo uznam to za mało ważne, a przecież jest. Siedzę przy otwartym oknie próbując wziąć się za siebie i zacząć się uczyć: moje życie właśnie teraz jest w moich rękach. Ktoś kilka pięter wyżej z niezłą wprawą ćwiczy na pianinie jakiś żywy kawałek, wracając co chwilę do tego samego fragmentu, który z jakichś przyczyn tej niezłej wprawie nie chce się poddać. Na razie siedzę, na razie patrzę, na razie usiłuję coś zapamiętać, ale mam ogromną potrzebę pomyśleć o tym, co dalej, co będę robić jak dorosnę. Planować rozwój i ćwiczenia umysłowe dzieci bogatych rodziców czy zagniatać czopki na tyłach apteki? Ciepło, cholera. Ludzie chodzą sobie kulturalnie po chodniku pod moim oknem, mogę podsłuchiwać bezkarnie co się komu przypomniało, co kogo zastanawia, co z tą Kryśką spod ósemki. Wróć do mnie, melodyko słowa wieku młodzieńczego, a będziemy podbijać swiat schulzowskimi zdaniami.