młodość to ponoć przygoda.
Nie ma mnie tu od tak dawna, a przecież tyle się dzieje i staje. Mchem i grzybem zarosłam, cytując nieodżałowanej pamięci Pana Genialnego. Chyba się strasznie postarzałam przez tę całą wpychaną mi z siłą wodospadu dorosłość. Zawsze byłam trochę bardziej albo trochę inaczej dojrzała niż inni, aktualnie przekraczam dopuszczalne normy terminowości, punktualności i poukładania. Z plusów dodatnich obecnej sytuacji mogę wymienić zazdrosny stosunek wszystkich mniej nudnych ode mnie, kolokwia zdane w pierwszym terminie i przedwcześnie osiąganą mądrość życiową. W niektórych sferach wyprzedzam swój wiek o jakieś dwadzieścia lat i bynajmniej nie jest to powód do dumy. Z plusów ujemnych właściwie jak wyżej, poza kolokwiami, a do tego jeszcze nie marzę o noclegu pod namiotem, piję pokrzywę na cerę i włosy oraz boleję nad każdym kruszącym się paznokciem.
Chciałabym mieć bardziej imprezowe wieczory, ale z rzadka nie mam nic terminowego do zrobienia, a za to znajduję chętnych na jakąś małą eskapadę. Życie się kończy, teraz już tylko gromada dzieci, sterta prania i coraz większe cienie pod oczami.
Tytuł już się pewnie powtarza, ale co tam. Prawdy ogólne mają to do siebie.